Odpowiedź jest brutalna, ale prosta. Jeżeli system podnoszenia umiejętności działa na strzelnicy, a w realnej przemocy przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, to nie jest to problem warunków.
To logiczny dowód, że między jednym a drugim nie ma realnego związku.
Zawodzi system implementowany do samoobrony. System, który zakłada, że w momencie realnego zagrożenia człowiek:
zachowa stabilny dostęp do świadomego celowania,
będzie operował wzrokiem jak w warunkach strzelnicowych, będzie dysponował precyzyjną kontrolą małej motoryki,
podejmie decyzje w trybie analitycznym.
Tyle że pod ostrym stresem mózg nie funkcjonuje w ten sposób.
Nie dlatego, że ktoś „za mało trenował”.
Tylko dlatego, że tak działa neurobiologia.
I warto to jasno powiedzieć:
ten model strzelania sprawdza się bardzo dobrze w środowiskach, w których człowiek zachowuje inicjatywę, czas i kontrolę nad sytuacją –
w strzelectwie sportowym oraz w działaniach ofensywnych o charakterze bojowym.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ten sam model próbuje się bezpośrednio przenieść do samoobrony – czyli sytuacji:
reakcyjnej,
inicjowanej przez przeciwnika,
chaotycznej i dynamicznej,
rozgrywającej się w skrajnie ograniczonym czasie i przestrzeni.
Stres nie jest czynnikiem zakłócającym technikę strzelania.
Stres jest warunkiem, w którym ta technika ma działać w samoobronie.
Mimo to system szkoleniowy traktuje stres jak dodatek:
„zróbmy trening pod presją”,
„dodajmy timer”,
„podkręćmy tętno”.
To jest pudrowanie problemu.
Bo wciąż nie pada fundamentalne pytanie:
jak ma wyglądać technika strzelania, gdy procesy poznawcze przestają być stabilnym narzędziem kontroli?
Jeżeli technika wymaga świadomego celowania, a stres systemowo ogranicza dostęp do świadomości,
to taka technika nie jest techniką samoobrony.
Jest techniką sportową, ofensywną albo demonstracyjną –
i w tych obszarach może być bardzo skuteczna.
Fakt, że od dziesięcioleci rozwija się ten sam model szkolenia, a skuteczność w realnych, reakcyjnych sytuacjach pozostaje niska, nie jest dowodem na „złożoność problemu”.
Jest dowodem na błędne założenia u podstaw jego implementacji do samoobrony.
Jeżeli chcesz innego efektu, nie możesz w nieskończoność stosować tej samej metody.
Musisz zakwestionować samą ideę, że skuteczne strzelanie w samoobronie powinno wyglądać jak strzelanie na strzelnicy.
Bo w realnej przemocy nie wygrywa ten, kto staranniej celuje.
Wygrywa ten, kto reaguje zgodnie z tym, jak faktycznie działa jego układ nerwowy.
Analizy realnych zdarzeń pokazują, że skuteczność użycia broni pod ostrzałem potrafi spadać do kilkunastu procent.
Najprostszym wyjaśnieniem tego zjawiska jest gwałtowny wzrost stresu w sytuacji, w której dystans do zagrożenia skraca się do zera, a czas reakcji liczony jest w ułamkach sekund.
To prowadzi do pytania:
czy poprawy skuteczności w realnej przemocy należy szukać w kolejnych „ulepszeniach” techniki, czy w zakwestionowaniu założeń, na których została zbudowana.